poniedziałek, 22 stycznia 2018

Styczniowy przyrodniczy raj nad Bugiem


 

Za oknem śnieg, za oknem mróz czyli zima pełną gębę. Ośnieżone drzewa i krzaki wyglądają bardzo malowniczo, a sójki i sikory wreszcie zainteresowały się zawartością naszego karmnika. Trochę więc na ocieplenie temperatury przypominamy jak było jeszcze niecały miesiąc temu…. .

6 stycznia 2018

Przyjemne ciepełko, słoneczko dziarsko przebijające się przez chmurki, radośnie ćwierkające ptaki wszystkie te symptomy, tak zaskakujące w środku zimy zachęciły nas do wypadu za miasto. Zaparzyliśmy w termosie kawę, przygotowaliśmy kanapki na drugie śniadanie i wskoczyliśmy do samochodu. Teraz dziarsko podążamy w kierunku rzeki Bug, by sprawdzić czy może wiosny tam nie widać. Na szosie, którą jedziemy jest zaskakująco duży ruch. Spodziewaliśmy się, że ludziska, korzystając z wolnego dnia, będą się wylegiwać w pieleszach, a tu proszę, rodzinki mkną zażywać świeżego powietrza na łonie przyrody.

Droga zagłębia się w las
W Niegowie zjeżdżamy z dwupasmówki. Wreszcie jesteśmy sami, cichnie w oddali szum pędzących samochodów, droga zagłębia się w las. Brak liści na krzakach pozwala sięgnąć wzrokiem bardzo daleko. Przyroda, która wiosną buchnie świeżutką zielenią nowych pędów, dzisiaj jeszcze spokojnie drzemie, a może nawet śpi. Wśród niczym nie osłonionych pni zauważamy migoczącą w słońcu wodę. Dojeżdżamy do mostu spinającego dwa brzegi rzeki Fiszor. Jest tak pięknie, że chwytam aparat, wyskakuję z autka, wbiegam na most i pstrykam szerokiej w tym miejscu rzece fotki. Niby nic tu nie ma, trawy są suche, a drzewa łyse bez liści, ale świecące słońce powoduje, że widok zachwyca.

Most spina brzegi rzeki Fiszor


Malowniczy Fiszor

Spływy kajakowe Fiszorem na pewno są atrakcyjne

Fiszor to niewielka, zaledwie dwudziestoparokilometrowa rzeka, lewy dopływ Bugu. Latem, podobnie jak na wielu tego typu ciekach w Polsce, organizowane są tu spływy kajakowe. Przecinając starorzecze Bugu Fiszor tworzy liczne malownicze rozlewiska, które są domem dla wielu gatunków ptaków i ssaków, o gadach, płazach, rybach i owadach nie wspominając. Nawet dzisiaj widzimy zaskakujący urok tej rzeki, a letnia, kajakowa wyprawa Fiszorem wydaje się być atrakcyjniejsza niż na przykład obleganym przez Warszawiaków i trochę brudnawym Świdrem. Trzeba będzie spróbować.
Robimy jeszcze kilka zdjęć i wśród zieleniejących oziminami pół, przez nadbużańskie wioski jedziemy do wsi Młynarze.

Malownicze krzyże są stałym elementem krajobrazu polskiej wsi

Fiszor w styczniu😃

Droga wiedzie przez nadbużańskie wioski
Młynarze są dzisiaj popularną miejscowością wypoczynkową, pełną leśnych działek rekreacyjnych, na których ich właściciel wybudowali większe lub mniejsze domy. Latem jest tu zapewnie gwarno i tłoczno. Teraz wszędzie panuje kojąca cisza, jedynie w nielicznych gospodarstwach szczekają zaniepokojone naszą obecnością psy, a na pobliskiej działce jakiś pan pali liście, o czym świadczy wzbijający się w niebo, sinawy dymek. Stajemy na rozstaju dróg. Rosochata wierzba, jak sterany przez życie stróż, pilnuje przejazdu. Chyba jesteśmy w  centrum dawnych Młynarzy. Nagle naszą uwagę przykuwa stojąca po lewej stronie, nieco obco wyglądająca w sielskim wiejskim otoczeniu, biała, przymocowana do wysokiej rury tablica informacyjna. Obwieszcza ona wszem i wobec, że gęste krzaki po prawej stronie drogi to stary cmentarz ewangelicki. Wysiadamy. Gdyby nie ta tablica, to ten stromy, zarośnięty wysokimi sosnami wzgórek na pewno nie skojarzył by się nam z miejscem wiecznego spoczynku. Stoimy na środku pustej drogi i zastanawiamy się, czy wypada chodzić po grobach. Bo przecież skoro to cmentarz, to są tu pochowani ludzie. Wytrzeszczamy oczy starając się przebić wzrokiem gęste zarośla, ale grobów nie widać, jedynie wśród splatanych gałęzi zauważamy wysoki, stary, drewniany krzyż. I śmieci.

Ten wzgórek to cmentarz

Niewielkie betonowe elementy są jedyną pozostałością po cmenarzu

Wśród drzew stoi drewniany krzyż
Nie wiemy, kto ustawił tablicę informującą, że to cmentarz (podobno członkowie działającego od 2017 roku stowarzyszenia Nadbużańskie Młynarze), ale wypadało by też troszkę tu posprzątać. Przynajmniej pozbierać śmieci.
Cmentarz był chyba niewielki. Za wzgórkiem i za rozciągniętym na wysokości kolan, niebezpiecznym drutem kolczastym, stoi drewniany budynek gospodarczy, a kilka metrów dalej murowana stodoła. Leżą tam też poprzewracane, murowane słupki dawnego cmentarnego ogrodzenia. Widok jest smutny. Potykam się o leżący na ziemi, skryty wśród gnijących liści nagrobek. Napis jest bardzo wyraźny: Wilhelm Nehring zmarł w 1889 roku. Nienajlepiej to wszystko świadczy zarówno o władzach gminy jak i o dzisiejszych mieszkańcach Młynarzy i letnikach budujących tutaj domy. Chwali się wprawdzie to, że postawili tablicę informacyjną i troszkę tu pewnie posprzątali, ale jak się powiedziało A, to przydałoby się też powiedzieć B. Można przecież wygospodarować dzionek, lub dwa, skrzyknąć się i jeszcze raz tu posprzątać. Przepraszamy, że się czepiamy, ale nie lubimy, gdy niszczeją historyczne miejsca. Żadne, nawet niemieckie. A to miejsce to jednak kawał historii tej malutkiej, nadbużańskiej wioski.

Nagrobek Wilhelma Nahringa

Za wzgórkiem i za rozciągniętym na wysokości kolan, niebezpiecznym drutem kolczastym, stoją drewniany budynek gospodarczy i murowana stodoła
Cmentarz w Młynarzach to pozostałość po mieszkających tu kiedyś niemieckich osadnikach. Przybyli na te tereny w pierwszej połowie XIX wieku sprowadzeni przez pruskie władze (nie byliśmy wówczas krajem wolnym). Reprezentowali wysoką kulturę rolną, więc powierzono im zadanie zagospodarowania trudnych, zabagnionych, nadbużańskich terenów. Zaczęli tworzyć własne wioski, budować domy modlitwy i szkoły, zakładać małe cmentarze. Właśnie na takim cmentarzyku teraz stoimy. W czasie narodowych, niepodległościowych zrywów i wojen różnie to z tymi osadnikami bywało. Powstania styczniowego nie popierali, z najeźdźcami w czasie II wojny światowej kolaborowali utrudniając – delikatnie mówiąc - życie polskim sąsiadom. Zapłacili za to wysiedleniem. W 1945 roku spakowali manatki i opuścili te tereny, a ich domy jako mienie poniemieckie przekazano Polakom. Pozostały cmentarze.

Rosochata wierzba, jak sterany przez życie stróż, pilnuje przejazdu

Pośród rekreacyjnych działek, wąską ale wygodna leśną dróżką jedziemy nad Bug
Idąc w kierunku samochodu myślimy o tym, jak trudne i niepotrzebnie skomplikowane bywają międzyludzkie relacje, i o tym, że na Litwie, Białorusi i Ukrainie też są zaniedbane cmentarze tyle, że nasze, Polskie. Złość, nienawiść i poczucie krzywdy długo nie przemija i sięga jak widać po grób.
 Czas wrócić do rzeczywistości. Pośród rekreacyjnych działek, wąską ale wygodna leśną dróżką jedziemy nad Bug. Rzeka jest tu szeroka, bystro płynąca i niezwykle malownicza. Parkujemy między drzewami, a płotem ostatniej rekreacyjnej działki, tuż obok autka przygotowującej się do pikniku rodzinki wędkarzy. Panowie rozstawiają wędziska, a panie turystyczne mebelki. Jest też grill. Ryby miejcie się na baczności.

Suche trawy złotą linią odcinają od szaroniebieskiej wody przeciwległy brzeg

Kaczki na Bugu
Schodzimy nad wodę. Suche trawy złotą linią odcinają od szaroniebieskiej wody przeciwległy brzeg. Błękitne niebo odbija się malowniczo w rwącej wodzie. Gromady krzyżówek bawią się radośnie w spływ po rzece. Podlatują pod prąd i krzycząc szybko spływają z prądem. Pewnie cieszy je ciepło i słońce.

Stare chaty nad Bugiem i Fiszorem są piękne. Zwłaszcza w słonecznym świetle

Słońce przygrzewa coraz mocniej

Na polach stoi woda

Oziminy zielenią się
Nie chcąc zakłócać spokoju wędkującej rodzince zmieniamy miejsce postoju. Przenosimy się nad rozlewiska rzeki Fiszor. 

Wiejska droga 

Jezioro Łabędzie? Nie to Fiszor

Lecą ptaki

Piękne ptaki

Bardzo piękne ptaki
Niebo robi się coraz błękitniejesz. Słońce świeci coraz mocniej ogrzewając powietrze. Po rzece dostojnie suną szukające czegoś do zjedzenia łabędzie, spłoszone czaple szumiąc białymi skrzydłami przelatują nad naszymi głowami, czarne jak smoła kormorany siedząc spokojnie na drzewie suszą rozpostarte skrzydła, para kruków krzyczy coś do siebie wysoko na niebie, a przestraszona sarenka umyka przez opłotki niedalekich zagród.  Przed nami kilkadziesiąt minut spaceru w styczniowym, przyrodniczym raju.

Sarna błyska lustrem

Łabędzie szukają pokarmu, przelatują czaple

Lecą łabędzie

Kormorany suszą skrzydła

Czapla zrywa się do lotu
Czas biegnie szybko, niedługo zacznie się ściemniać pora więc wracać do domu. Rezygnujemy z powrotnej jazdy ruchliwą drogą szybkiego ruchu i skręcamy na lokalną szosę prowadzącą wzdłuż Bugu aż do Nieporętu. 

Nadbużańskie krajobrazy

Andrzej nalewa kawkę

Dzielę się z łabędziami bułką

Łakomczuch

Łabędzie na wodzie

Na Fiszorze fajno jest😃

Rozlewiska Fiszora
W Marianowie naszą uwagę przykuwa stara, drewniana, mocno już nadgryziona zębem czasu przydrożna kapliczka. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi jej następczyni. Murowana i nowa. Po jednej stronie drogi rozsiadły się chłopskie zagrody i pola, po drugiej rozległe mokradła i rzeka. Kapliczki wyglądają jak strażnicy broniący ludzi przed powodzią. Ta drewniana pochodzi z dziewiętnastego wieku. Jest malowniczo wciśnięta między dwa stare, grube drzewa. Pewnie gdy budowano kapliczkę były to małe, cieniutkie roślinki. Przez lata troszkę im się urosło i dzisiaj ściskają pniami niczym silnymi ramionami nadwątloną przez czas kapliczkę, bacząc by wiatr i czas jej nie przewróciły. Ta jednak mimo upływu czasu trzyma się nieźle, chociaż mały remoncik by się przydał. Jest jednonawowa, ze spadzistym dachem, oszalowana deskami, ozdobiona niewielką wieżyczka posadowioną na dwuspadowym dachu. Miejmy nadzieję, że jakaś litościwa dusza przybije odpadające ozdobne listwy i załata dziury w eternitowym dachu.

Wierzby zawsze są piękne

Kapliczka w Marianowie

Pilnują jej stare drzewa

Wieżyczka na dachu kapliczki

Dwie kapliczki w Marianowie. Za kapliczkami rozlewiska Fiszora
Kilka kilometrów dalej przydrożna tablica informuje wszystkich, że w Ślężanach stoi neoklasycystyczny pałac z końca dziewiętnastego wieku. Nie przeoczymy takiej okazji, jedziemy zobaczyć ten zabytek, któremu jakoś udało się przetrwać obie wojny, a przede wszystkim powojenną niechęć do tego typu własności. Wybudował go (oczywiście nie osobiście) Jan von Egert, który kupił okoliczne włości od nijakich Chajęckich z Chajęt. Nowy właściciel nie tylko postawił na nadbużańskiej skarpie dom, ale też uruchomił w Ślężanach browar produkujący piwo bawarskie. Na początku dwudziestego wieku w pałacu mieszkała już rodzina Chełmińskich, o której niewiele się dowiedzieliśmy, wiemy natomiast, że w czasie wojny pałac został zniszczony. Okres powojenny też nie był dla ślężańskiego zabytku łaskawy, budynek wprawdzie wyremontowano, ale jak wiele tego typu budowli dostał się w użytkowanie Państwowemu Gospodarstwu Rolnemu. Gdy zmienił się ustrój mocno wyeksploatowany gmach objął we władanie bank PKO. 

Pałac w Ślężanach
Dzisiaj pałac jest w rękach prywatnych. Z jednej strony to dobrze, bo ruina i unicestwienie mu raczej nie grożą, ale z drugiej strony nawet z daleka zobaczyć go nie można, bo schowany jest w parku do którego wstępu bronią płot i brama. Rzucamy więc tylko na pałac okiem z oddali i nie chcąc zakłócać krzątającym się po podjeździe właścicielom spokoju zawracamy. Pełni wrażeń gnamy już prosto do domu. 

Taniec

Nasz portret

sobota, 30 grudnia 2017

Wielkie, węgierskie nic czyli fascynujące morze trawy



Wizyta w  Hortobagy była słodziutką wisienką na torcie naszego rumuńsko-węgierskiego wyjazdu. Postanowiliśmy tam zawitać pod koniec sierpnia  2017 roku, w drodze powrotnej z Rumunii do domu. Chcieliśmy zobaczyć węgierską pusztę i tym razem się udało. Pierwsze wrażenie: tradycja i turystyka umiejętnie i nie nachalnie połączone w jedną całość. Przynajmniej na razie.

29 sierpnia 2017

Obudziło nas piękne słoneczko. Za oknem Fordusia kempingowi goście rozpoczynają kolejny, wakacyjny dzień. Już za godzinkę, może dwie, pomaszerują zażywać gorących kąpieli w sławnych basenach Hajduszoboszlo. Przed nimi i przed nami kolejny, ciepły dzień. Dzisiaj opuszczamy, małe miasteczko z wielkim kąpieliskiem. Czas wracać do domu, ale zanim tam dotrzemy ….. jeszcze wizyta „w puszcie”. Zobaczymy konie, byki i czikosów strzelających z batów, czyli coś na kształt amerykańskiego Dzikiego Zachodu w środku Europy. Tylko kowbojskie kapelusze będą większe, spodnie szersze, bydło bardziej rogate, no i Indian oczywiście nie będzie. Pobudzająco pachnie kawa, bez której poranek nie byłby tak aromatyczny. Jemy śniadanko, pakujemy Fordusia, żegnamy przemiłą obsługę kempingu Hajdu i w drogę. Do Hortobagy.

Romantyzm w czystej postaci.
Andrzej jest z wykształcenia inżynierem od samochodów, a ja inżynierem od zwierząt, czyli zootechnikiem. Nie znającym tematu szybko wyjaśniamy, że zootechnika to nauka o hodowli zwierząt, a stajnie, obory, owczarnie, chlewnie i kurniki to najczęstsze miejsca pracy adeptów tej nauki. Przynajmniej kiedyś tak było. Dzisiaj jedziemy do miejsca, w którym zootechnik, czyli ja, powinien czuć się jak w domu.

Hortobagy to nie tylko nazwa miasteczka i  rzeki, ale przede wszystkim regionu leżącego na wchodzie Wielkiej Niziny Węgierskiej. To dzisiaj największa stepowa równina w Europie Zachodniej, spory kawałek trawy, który udało się ochronić przed rolniczym zagospodarowaniem i w 1973 roku zamienić w Park Narodowy. Po prostu prawdziwa, węgierska puszta. 

Węgierska puszta to kwintesencja romantyzmu.

Nie bardzo wiadomo jak taka wielka, w dodatku alkaliczna łąka w Europie powstała. Do dzisiaj turystom prezentowana jest teoria, którą na własny użytek nazwaliśmy „teorią działalności człowieka”. Uważa się mianowicie, że lasy, porastające te tereny w dawnych wiekach wycieli ludzie, zwłaszcza okupujący od XVI wieku ten obszar Turcy zwalczający miejscowych, chowających się po krzakach hajduków-pasterzy ofiarnie walczących z najeźdźcami.  Reszty dopełniła dziewiętnastowieczna regulacja Cisy. Otóż po okiełznaniu przestała owa rzeka co roku uparcie wylewać tym samym pozwalając na zwiększenie wypasu zwierząt i rozwój hodowli. Teoria to jednak tylko teoria i nie mysi być prawdziwa. Dzisiaj naukowcy uważają na przykład, że puszta Hortobagy jest znacznie starsza niż sądzono, a stepowienie tego terenu rozpoczęło się nie kilkaset, a nawet dziesięć tysięcy lat temu. Jak było tak było, pewne jest, że w średniowieczu mieszkało tu sporo ludzi. Żyli oni w około pięćdziesięciu wioskach, które jednak zniszczyli najeżdżające te tereny Tatarzy i Turcy. Uregulowanie Cisy w 1846 roku też jest faktem, powodzie przestały się rzeczywiście zdarzać, a co za tym idzie ziemia zaczęła wysychać. 

Zabudowania gospodarskie na węgierskim stepie.
Do miejscowości Hortobagy mamy jeszcze kilkanaście kilometrów, ale puszta już nas chwyciła w swoje objęcia. Przed nami droga, za nami droga, a po bokach żółta, podeschnięta trawa. Jedno wielkie, piękne nic. Pustka, czyli puszta. Tylko na horyzoncie, w miejscu gdzie błękitne niebo łączy się ze słomkową ziemią widać pas ciemnozielonych drzew. Wprost nie możemy od tej oszałamiającej przestrzeni oderwać oczu. Tak musi wyglądać zmaterializowana wolność i swoboda.

Jedziemy już kilkanaście minut, a krajobraz za oknem się nie zmienia. Od czasu do czasu mijamy charakterystyczne dla tego regionu drewniane studnie-żurawie, którymi ciągnęli przed wiekami, i ciągną pewnie dzisiaj hodowcy wodę dla zwierząt. Co pewien czas pojawiają się też zabudowania gospodarcze, głównie długie, pokryte strzechami owczarnie. Cieszą oczy pasące się wśród traw i trzcin stada czerwonych krów i kudłatych owiec. Wreszcie wjeżdżamy do miasteczka Hortobagy, stolicy regionu. Jeszcze tylko trzy kilometry i docieramy do celu naszej podróży, stadniny Mata.

Drewniane żurawie.
Wąską, ale wygodną, asfaltową dróżką docieramy do zabudowań gospodarczych. Miły pan urzędujący w budce przy bramie wyjaśnia nam gdzie znajdziemy informację turystyczną i kasę, w której zapłacimy za wycieczkę wozem konnym po puszcie. Zdobywszy te cenne informacje wjeżdżamy na teren Stadniny Koni Mata. W oddali, po lewej stronie widać ogrodzone wybiegi dla koni i stajnie, pomiędzy którymi wyróżnia się prosty i chyba nowy budynek z pewnością stajnią nie będący. Jest cicho, pusto, spokojnie, i bardzo czysto. Po prostu elegancko. Podjeżdżamy na niewielki parking przy budynku nie będącym stajnią, zajmujemy wolne miejsce i wysiadamy. Słońce pięknie świeci, niebo bije po oczach błękitem, wieje silny wiatr. W budynku nie będącym stajnią jest wszystko czego szukamy, czyli kasa, niewielka wystawa różnych pasterskich sprzętów i toalety. Kupujemy bilety na półtoragodzinną wyprawę wozami konnymi w pusztę (2800 HUF od osoby) i czekamy. Czas umila nam piękny siwek wyraźnie zainteresowany przysmakami, które powinniśmy mu przynieść, a których niestety nie mamy. Odkrywszy naszą zupełność nieprzydatność koń traci zainteresowanie i odchodzi nie zaszczyciwszy nas więcej spojrzeniem. Obrażalski. 

W tym nowoczesnym budynku mieści się kasa i małe muzeum.

Siwek, który nas powitał w Mata bacznie obserwował, czy mamy jakieś smakołyki. Nie mieliśmy.
Stadnina Koni Mata to jedna z najstarszych stadnin na Węgrzech. Ma już ponad 300 lat. Kiedy dokładnie rozpoczęła działalność dokładnie nie wiadomo, ale istniała już na pewno w 1671 roku, bo właśnie z tego okresu pochodzą pierwsze znalezione zapiski na jej temat. Założyli ją mieszkańcy wolnego, królewskiego miasta Debreczyna widząc prawdopodobnie w rozwijaniu hodowli niezły interes i wspomagając przy okazji okolicznych gospodarzy. Dzisiaj w Mata utrzymywane są między innymi dawne rasy zwierząt gospodarskich charakterystyczne dla węgierskiej gospodarki rolnej tych terenów. No i oczywiście konie. Nie byle jakie konie. Noniusze.

Węgierski koń rasy nonius - litografia z książki Paardenrassen Kunstalbum (Rasy koni - album sztuki) Otto Eerelman, 1898 r.  Domena publiczna.
Noniusze to chyba najstarsza, węgierska rasa koni. Są ciemne, na ogół kare, skarogniade lub gniade, spokojne i wytrzymałe, nadają się do jazdy wierzchem i do zaprzęgu. Cała rasa pochodzi od jednego ogiera Noniusa I, który jako pięciolatek, w 1815, roku spokojnie sobie mieszkał w stadninie w Zweibrucken, w obecnej Nadrenii-Palatynacie, będącej wówczas własnością Napoleona I. Gdy cesarzowi wieść się militarnie przestało i zaczął brać od  sprzymierzonych europejskich władców cięgi, wpadła owa stadnina w ręce węgierskich kawalerzystów, którzy konie Napoleonowi podprowadzili i przywieźli do swojego kraju. Tak to Noniusz trafił do stadniny Mezohegyes i dał początek nowej rasie koni. 

Nasze wozy
Punktualnie o godzinie dziesiątej pojawiającą się środki transportu, które mają wywieźć nas w pusztę. Dwa drewniane, przykryte brezentowymi daszkami wozy, każdy zaprzężony w parę gniadych, dobrze zbudowanych i bardzo zadbanych koników, w niczym nie przypominają wiejskich furmanek, jakie jeszcze w połowie ubiegłym wieku telepały się po polskich drogach. Są zbite z pomalowanych na zielono desek i posadowione na wysokich kołach podobnych do tych wykorzystywanych w przyczepach ciągnikowych. Wyglądają trochę jak skrzyżowanie pojazdów należących do cygańskiego taboru z wozami zdobywców dzikiego zachodu. Wdrapujemy się na górę po niewysokich schodkach i siadamy na drewnianych ławkach. Tłoku nie ma, zaledwie ośmioro chętnych, więc zabierzemy się jednym pojazdem. Ubrany w czarną kamizelkę, czarny kapelusz i niebieską koszulę, wąsiasty woźnica potrząsa lejcami i ruszamy. Końskie kopyta miarowo stukają po asfalcie, wiatr przyjemnie głaszcze nasze twarze, końskie ogony zawadiacko tną powietrze. Jak w czasach naszej młodości. Jak u babci na wakacjach. Ileż to lat nie jechałam konnym zaprzęgiem? Jakieś czterdzieści, może troszkę więcej. Jest bosko. Skręcamy w polna drogę i zagłębiamy się w węgierskie morze trawy, czyli w pusztę. Wokoło nie ma nic. Tylko wiatr się wzmaga roznosząc po równinie powstający pod końskimi kopytami kurz. 

W drogę, jak za dawnych lat.

No i wjechaliśmy w pusztę.
Pierwszy przystanek – bydło.

Spore stado młodych, pasących się spokojnie byczków wybiegło na drogę, którą jedziemy przez pusztę. Chmary towarzyszących im ptaków raz po raz podrywają się w powietrze płoszone przez zawadiacko dokazującą „wołowinkę”. Prrry i stajemy. Nie wolno nam opuścić pojazdu. Opiekunowie naszej grupy grzecznie ale stanowczo to odradzają. Młode byczki, jak to byczki, lubią dokazywać i mogą być niebezpieczne. Zwłaszcza spłoszone. A rogi mają jak się patrzy, pokaźne i dziugnąć nieuważnego turystę mają czym. Znane nam swojskie, mućkowe rogi, to pikuś w porównaniu z tym, co widzimy na głowach otaczających nas zewsząd jednolicie umaszczonych, jasnych zwierzaków. Są prawie proste (rogi oczywiście, a nie byczki), są długie, są ostre i lirowato zadarte do góry. Istne widły bez kolca w środku. Przewodnicy objaśniają, że jest to pochodzące z miejscowych stepów bydło węgierskie szare. Bardzo stara rasa. W piętnastym, szesnastym i siedemnastym wieku ich mięso niezwykle cenili zwłaszcza węgierscy kupcy, ale można je było kupić również na targach w Wiedniu, Norymberdze czy Augsburgu. Podobno trafiało też na stoły naszych arystokratów. Dzisiaj hoduje się je by dla potomności zachować rasę i cenne geny, dawniej trzymano je  jednak nie tylko dla mięsa, ale też dla mleka i jako zwierzęta pociągowe. Byczki dokazują, turyści pstrykaja fotki, przewodnicy ukradkiem ziewają, czas płynie leniwie.

Młode byczki zabiegły nam drogę.

Z gracją przebiegały przed wiozącym nas wozem.

Przyglądały się nam z dużym zainteresowaniem.

Ale ze względu na ich temperament i rogi podziwialiśmy je z bezpiecznego wozu.

Byczki lubia się bić.
Stado z pasterzem odchodzi, a do nas podjeżdża wóz na drewnianych kołach zaprzężony w dwie pary równie białych i równie rogatych jak poprzednie wołów. Tylko chyba troskę starszych. Takie zaprzęgi były kiedyś bardzo popularne w tych okolicach. Wbrew pozorom przygotowanie wołów do takiej pracy nie było i jest proste. Wymaga cierpliwości, bo trwa nawet rok i wiąże się z nauczeniem zwierzęcia, ni mniej ni więcej, tylko… języka węgierskiego. Dlaczego? Otóż w przypadku wołów nie używa się cugli. Do wołów się mówi. Po prostu. Woła się pierwszego po imieniu i wyjaśnia mu gdzie ma iść. Proste? Proste. Inteligentne zwierzaki. 


Zaprzęg w woły.
Woźnica, którzy przed chwilą wytłumaczył bydlątkom, że teraz mają stać wygląda bardzo atrakcyjnie i od razu widać, że to kowboj z węgierskich stepów. Jego głowę chroni ciemno brązowy, filcowy kapelusz z szerokim, mocno podwiniętym do góry rondem i piórkiem żurawia zawadiacko wetkniętym za okalający nakrycie głowy pasek. Amerykański, kowbojski rattan niech się schowa w ciemnym kącie. Spod ciemnej, odpowiednio podniszczonej i odpowiednio przykurzonej marynary (słowem marynarka w żaden sposób nie da się tego określić) widać czarną koszulę zapinaną na błyszczące, okrągłe guziki. Ciekawe czy to element tutejszego folkloru, czy może jednak współczesny dodatek. Tak czy inaczej pasujący. No i na koniec spodnie. Są wy-ją-tko-we. Na te spodnie wyszła chyba bela materiału. Pytam ile na prawdę? Tylko 6 metrów. Bagatela. „Szwedy” w jakich zadawały szyku dziewczyny w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku były w porównaniu z tym w co ubrany jest nasz woźnica po prostu wąziutkie. No i kolor. Niebieściutki. Do tego czarne buty z cholewami. Bardzo męski strój. 

Węgierski woźnica

Znudzone naszym towarzystwem woły.

Całość niezwykle malownicza.

Tak zwana Węgierska Piątka. Sposób jazdy pokazujący kunszt czikosów.
Wygląda atrakcyjnie, ale czikości w puszcie raczej tak nie jeżdzili.
Miarowy tętent końskich kopyt odrywa nasz wzrok od woźnicy, wołów i zaprzęgu. Z oddali pędzą w naszą stronę czikosi, czyli pasterze na gniadych i skarogniadych koniach. Spod kopyt unoszą się jak mgła tumany kurzu. Wiatr szarpie szerokie nogawki niebieskich spodni. Ale nie tylko ich spodnie są obłędnie szerokie i marszczone. Rękawy skrytych pod czarnymi kamizelkami koszul wyglądają jak wielkie, marszczone spódnice targane teraz podmuchami wiatru.  Ile to materiału pytamy? Półtora metra na te rękawy. Owe spodnie i koszule były kiedyś specjalnie impregnowane tłuszczem. Wszystko po to, by pasterze w deszczu nie przemakali i nie przemarzali. W chłodne dni nosili też ogromne płaszcze z owczych skór. Życie na puszcie nie było łatwe i trzeba było się do niego przystosować.

Zbliżają się czikosi.
Czikosi rozpoczynają pokaz. Konie kładą się na ziemie, panowie depczą po zwierzakach i strzelają z batów. To charakterystyczne elementy pasterskiwgo życia w puszcie. Konie uczono kłaść się wśród traw, by pasterze mogli schować się przed rozbójnikami. Strzały z batów przyzwyczajały zwierzęta do huku pistoletów. Jak już pisaliśmy. Życie na puszcie łatwe nie było.

Czikosi na koniach.

Po chwili koń leżał.

Strzały z bata nie robiły na koniku żadnego wrażenia.

Stój czikosa jest bardzo materiałochłonny.
Drugi przystanek raczki, mangalice i bawoły.

Chwilkę podziwiamy piękno węgierskiego folkloru i po obowiązkowej sesji zdjęciowej, którą panowie odpracowali ze stoickim spokojem, aczkolwiek lekkim znudzeniem widocznym na ich twarzach, wsiadamy na wóz i jedziemy dalej. W pusztę. Po chwili przed nami, z trawiastej nicości wyłaniają się zabudowania gospodarskie. Długie, nawet bardzo długie, niskie, drewniane owczarnie pokryte sięgającymi ziemi, spadzistymi, trzcinowymi dachami. Wyglądają bardzo malowniczo i zupełnie nowo. Węgrzy dbają o swoją hodowlę starych ras zwierząt, o zachowanie lokalnych tradycji, także w budownictwie i oczywiście o dochody płynące z turystyki. W owczarniach – jak wskazuje nazwa - mieszkają owce. Nie byle jakie owce, ale raczki. Tak się nazywa ta prymitywna rasa. Są piękne tuptając z gracją na swoich cienkich nóżkach, z główkami przyozdobionymi prostymi, długimi i jak korkociąg kręconymi rogami. Co ciekawe rogi maja zarówno samce  jak i samice. Zwierzaczki mają czarne lub białe umaszczenie. By się nie krzyżowały, w okresie rozrodu, kolory się rozdziela. Dzisiaj raczki utrzymuje się głównie dla zachowania bazy genów, ale w dawnych czasach te świetnie radzące sobie w trudnych warunkach puszty zwierzęta dawały ludziom mleko, mięso i skóry na płaszcze.

Węgierskie owce raczki mają dużo wdzięku.

I śliczne, skręcone rogi.

W czasie rozrodu białe i czarne owce są rozdzielane.

Kryte trzciną dachy owczarń dotykają ziemi.
W błocku obok zabudowań wyleguje się kilka świnek i bawół. Świnki to mangalice. Ładna nazwa i ładna świnka. Kudłata i tłusta. W błotku świnkowych kudłów wprawdzie nie widać ale zapewniamy, że są. Kiedyś je strzyżono i robiono z ich twardej sierści koce dla wojska. Musiały strasznie drapać biednych wojaków. Są jeszcze w okolicy bawoły, a właściwie w naszym przypadku tylko jeden bawół. Może dobrze, że jeden i że jest dosyć daleko. Bawół jako zwierze nie jest zbyt bezpieczny, lubi się zdenerwować, a wtedy atakuje biegnąc bardzo szybko. Nasz leży w błocie i ma wszystkich w nosie. Skąd się bawoły wzięły na Węgrzech? Podobno przybyły tu w szóstym wieku przed naszą erą z plemieniem Awarów. Dzisiaj już nikt ich nie doi, ale w minionych czasach owszem.

Węgierski bawół 

Kudłate świnki mangalice.

Jeszcze przez chwilkę oglądamy zwierzęta i  podziwiamy krajobraz. Kończy się nasza wycieczka po puszcie. Czas wracać.  

Tak wyglądało życie węgierskich pasterzy utrwalone pędzlem malarza.

Obrazy można obejżeć w Muzeum Pasterstwa w Hortobagy.

Puszta niewiele sie zmieniła.

Zwierzęta i żurawie też się nie zmieniły.

PRZYDATNE INFORMACJE

Stadnina Mata (Matai Menes)

Strona internetowa: www.hortobagy.eu
Tel: +36 70492 7655

Stadnina jest nie tylko miejscem hodowli koni rasy Noniusz i dawnych, węgierskich ras zwierząt gospodarskich, ale jest też i centrum turystycznym organizującym między innymi przejażdżki wozami konnymi po puszcie. 

Godziny rozpoczęcia przejażdżek wozami po puszcie:
     od 1 do 31 marca oraz od 17 do 31 października:
10.0    12.00  14.00
     od 1 kwietnia do 16 października:
10.0        12.00  14.00  16.00

Cena w 2017 roku:    osoba dorasła 2800HUF
                  dzieci w wieku 6-18 lat  1500HUF

Muzeum Pasterstwa w Hortobagy

Email: info@hnp.hu
Tel: +36 52 369 040

Godziny otwarcia Muzeum Pasterstwa:

12-31 marca, listopad         -       10.00 – 16.00
Kwiecień i październik       -       10.00 – 16.00
Maj, czerwiec , wrzesień    -        10.00  - 17.00
Lipiec i sierpień                  -        10.00  - 18.00
Od 1 grudnia do 11 marca NIECZYNNE

Ceny biletów: dorośli  1500HUF
                        uczniowie i emeryci 800HUF
                        bilet familijny 3000HUF

W Hortobagy i okolicy jest wiele wartych obejrzenia atrakcji. Informacji o nich udzielają bardzo mili pracownicy Centrum Turystycznego w Hortobagy.
Tel: +36 52 589 231 lub +36 52 589 000
Email: info@hnp.hu
Strona www : www.hnp.hu